BOHATER CYBORG W NARRACJI FILMOWEJ

Kiedy tworzysz swoją opowieść i jej bohaterem jest człowiek, analizujesz go pod kątem zachowań, emocji, jego przeszłości.

Znasz jego wspomnienia, sytuacje, które doprowadzają go do takiego, a nie innego wyboru. Potrafisz określić z jakim konfliktem może się zmierzyć.

W przypadku, gdy zanalizujesz filmowego androida, masz do czynienia z bohaterem, który jest poza  historią. Poza jakąkolwiek analizą jego przeszłości. Poza jednoznacznym określeniem emocji, bo jego życie jest zaprogramowane i modyfikowane. Nie zna pojęcia czasu. Jest składową narracji opowiadającej o kryzysie tożsamości, tęsknocie za światem wspomnień, emocjach i chęci odnalezienia się w świecie bez historycznych kontekstów.

 

FRANKENSTEIN

Źródło Filmweb

Monstrum Frankenstein’a zawsze będzie spoczywać w ciele człowieka, ale nigdy nie uwolni się od poczucia obcości. Na tym polega alienacja biednego cyborga, któremu kazano egzystować w pozbawionym stabilizacji, elektronicznym opakowaniu.

Życie Frankensteina nie narodziło się tradycyjnie, w łonie kobiety, nie był więc dzieckiem, któremu od początku wpajano, że jest wyczekiwaną częścią społecznego systemu.

Istniał poza nim i poza swoim stwórcą, który będąc przecież ojcem, opuścił własne dziecko. I z tego powodu rodzi się we Frankensteinie agresja wobec stwórcy, który niesiony megalomanią stworzył kogoś, kto nigdy nie będzie mógł pokochać.

 

BLADE RUNNER

Źródło Filmweb

Bez historii są także replikanci generacji Nexux 6, dlatego muszą być poddani szybkiej i precyzyjnej likwidacji. Po przybyciu na Ziemię odnajdują swoich kreatorów po to, by sprzedali im tajemnicę wiecznego istnienia. I kiedy dowiadują się, że to niemożliwe ,chcą się zemścić.

Androidy nie mają tożsamości ani płci. Ewoluują pomiędzy tymi pojęciami. Nie ma więc tutaj osobistych i miłosnych tragedii, wpisanych w życie prawdziwych ludzi.

Zatem brak tożsamości, nie powinien z Rachael uczynić kogoś, kto odczuwa. A jednak Rachael pozwala się ponieść emocjom i zakochuje się w policjancie, który chce zniszczyć sztuczną inteligencję.

 

METROPOLIS

Źródło Filmweb

Cyborg Maria zaprojektowany przez Rotwanga przynosi strach przed technologią ujętą jako proces cyfrowej manipulacji. Zaprogramowany jako kobieta, będąca groźnym, niebezpiecznym monstrum.

Ale w Metropolis cyborgami stają się  także robotnicy, mieszkańcy podziemnego królestwa.

Niewinne automaty, które poruszają się w rytm, pracującej w podziemiach, maszyny.

 

 

ROBOCOP/TERMINATOR

Źródło: Filmweb

 

Robocop.  Cyborg o twarzy z ludzkiego mięsa i elektronicznego ciała. Paradoks różnicy miedzy tym, co wyraża emocje, a tym co jest zmechanizowanym monstrum. Jest  mężczyzną mówiącym wciąż o swojej żonie i dziecku, a jednocześnie ukazuje losy zwykłej maszyny.  Obdarzono go ludzką świadomością i tak samo jak Terminator dokonuje rzeczy, które dla nas wydają się niemożliwe. Terminator istnieje tylko ze względu na cel zabijania. Nie ma żadnej przeszłości.

 

GHOST IN THE SHELL

Źródło: Filmweb

Motoko Kusanagi – Kiedy zdaje sobie sprawę ze swej oczywistej sztuczności, jej mentalny świat dokonuje destrukcji na samym sobie. Bohaterka ulega kryzysowi tożsamości, ponieważ dowiaduje się , ze jest tylko martwą maszyną. Motoko wie, że życie w mechanicznej postaci jest  iluzją.

 

Filmowa konfrontacja z cyborgami ukazuje ich samotność i brak historycznego punktu odniesienia. 

 

Cyborgi nie posiadają tożsamości. I to jest  najbardziej pesymistyczna wizja  kondycji cyborga, który nigdy nie pozna swoich rodziców, ponieważ urodził się na granicy, oddalonej od jakiegokolwiek dzieciństwa. Swoją drogą jest to bardzo ciekawe ujęcie bohatera włożonego do opowieści, w której główna postać nie posiada przeszłości.

Ale każdy z opisanych przeze mnie filmów, nie stanowi narracji opowiadającej o bezmyślnej maszynie, narracja zahacza o coś więcej.

Podejmuje problem odpowiedzi na ważne pytania: Kim jest człowiek?  Jakie ma granice ? Po co tu jesteśmy? 

 

Dzisiaj zaciera się granica pomiędzy człowiekiem, a maszyną. Nasze ciało podlega przecież codziennej cyberoperacji – sztuczne zęby, aparaty słuchowe, silikonowe piersi, większe usta, face lifting.

To właściwie społeczna norma. To, że obcujemy ze sztucznością dzisiaj nikogo nie dziwi. Staliśmy się cyborgami już wtedy, kiedy po raz pierwszy nasze oko spoczęło w świecie komputera. Człowiek stał się istotą terminalu. Donna Haraway pisze w “manifeście cyborga”, że w niekończącej się cyberprzestrzeni mamy kontakt z innymi cyborgami i to nie podlega żadnej symulacji, to rzeczywistość, która nas pożera.

Cały świat zajmuje się produkcją cyberorganicznych potworków.

Japończycy w 2000 roku stworzyli Roboviego – tańczącego robota, ważącego 39 kilogramów. Skonstruowany dla ludzi samotnych, po to, by taniec wywołał w nich pozytywne emocje.

W Incubation Center w oddziale NEC-a zbudowano maleńkiego robota ważącego 5 kilogramów – PA PE RO. Jego blaszane ciało wyposażone jest w moduły rozpoznające obrazy i dźwięki, przypomina człowieka.

Laboratorium Sztucznej inteligencji w Massachusetts Institute of Technology stworzyło humanoidy Kismet i Coga. Cog prezentuje mechanizm dziecka posługującego się kończynami i stanowi mały cyberorganizm, który uczy się przystosowania do życia. Kismet ma długie rzęsy, błękitne oczy, ale w niej prymat nad wszystkim sprawuje wyraz twarzy mówiący o emocjach.

2 lata temu powstała Sophia, wyprodukowana przez Hanson Robotics,  która już nie tylko przypomina człowieka, ale zachowuje się jak on.

 

I gdzieś obok tego wszystkiego spaceruje człowiek, świadomy tego, że to co go kiedyś może przerosnąć, zostanie stworzone przez niego…

 

 

 

 

 

 

 

Do czego jest Ci potrzebna właściwa narracja?

Narracja to nic innego, jak pozbieranie w całość wszystkich Twoich elementów tekstu, który wyraża fabułę.

To także zbiór reguł, dzięki którym elementy tego tekstu łączą się ze sobą. A także zasady, wg których Twój odbiorca odbiera i interpretuje Twoją fabułę.

Świetnie to podsumował Arystoteles, kiedy mówił, że “narracja to opowieść posiadająca początek, środek i koniec oraz wiążący je główny wątek.”

Zatrzymajmy się teraz na chwilę przy odbiorcy. Jeśli odbiorca w Twojej historii, będzie prowadzony treścią, w której wszystko, co włożysz do tej swojej fabuły, będzie misz-maszem pozbawionym większego celu, to szybko się w Twojej opowieści zgubi. Nie chodzi mi teraz o zabiegi narracyjne, w których skomplikowana fabuła stanowi cel. Chodzi mi raczej o tworzenie treści na siłę, które w konsekwencji powstają po to, żeby nikt ich nie zrozumiał, a moim zdaniem nie o to w tym chodzi.

 

 

Do czego jest ci potrzebna ta narracja? I o co chodzi z tą właściwą? To się wiąże z konkretnymi typami narracji. Musisz wiedzieć w jakiej osobie będziesz mówić do odbiorcy.

Wytłumaczę ci to na bardzo prostych przykładach.

Poniżej krótki tekst, na podstawie którego będę analizować poszczególne narracje :

Kobieta wbiega do teatru. Swoją torebką uderza faceta, który czeka w kolejce, krzyczy na dziewczynkę, która stoi obok i siada w fotelu.

 

A teraz spójrz, jak można zmienić przekaz tego tekstu, zmieniając czas teraźniejszy w przeszły

z

narracją w 3 osobie :

Sophie wbiegła do teatru. Zapłakana. Próbowała jeszcze wydusić z siebie kilka słów, ale nie dała rady. Drzwi wyrwały z jej sukienki kawałki materiału. Wyglądała jak wrak. Uderzyła torebką mężczyznę stojącego w kolejce. To tylko pogłębiło jej agresję, bo zaraz potem nakrzyczała na dziewczynkę, która stała obok. Wszyscy znieruchomieli. A ona spokojnym krokiem dotarła do swojego fotela i usiadła w nim nie przeczuwając, że za chwilę wszystko się zmieni.

 

A teraz spójrz, jak mógłby wyglądać przekaz tego tekstu, kiedy dołączymy do niego

narrację w 1 osobie:

Już miałem siadać na ten obskórny, teatralny fotel, bo spieszyłem się na “Sny” Dostojewskiego, gdy nagle, do drzwi wejściowych zaczęła dobijać się jakaś kobieta. W sumie ładna. Nawet bardzo ładna. Płakała. Otworzyłem jej drzwi i spytałem, jak ma na imię. Jak usłyszałem, że Sophie to mi się przypomniały wszystkie moje noce z Klaudią i prawie się rozmarzyłem. Ale to moje pozytywne myślenie skończyło się, gdy torebka Sophie wylądowała ma mojej głowie. Gdy nakrzyczała na dziewczynkę, którą jeszcze przed chwilą częstowałem cukierkiem, to miarka się przebrała. Byłem przygotowany na to, że pokażę jej, jak powinna zachowywać się prawdziwa kobieta. Ale dopiero, gdy Sophie usiadła w fotelu, zobaczyłem jak bardzo się trzęsie. Wiedziałem, że zanim otworzyłem jej te nieszczęsne drzwi, musiało ją spotkać coś naprawdę strasznego.

A teraz zobaczmy, co może stać się w odbiorze tekstu, kiedy historię zacznie opowiadać inny obserwator zdarzenia, jesteśmy cały czas w narracji w 1 osobie: 

Nie cierpię kolejek po bilety. Nawet, gdy jestem w teatrze i wiem, że kupienie biletu to coś oczywistego. Ale jak zobaczyłem przed sobą babę, która przed chwilą weszła z płaczem do teatru, potem bezczelnie uderzyła torebką gościa, który stał przede mną,  to się zacząłem zastanawiać, czemu ten gość jej nie oddał. A potem, jak usłyszałem, jak się drze na bogu ducha winną dziewczynkę, która jadła tylko cukierka, to stwierdziłem, że baby są jakieś dziwne. Zobaczyłem, że siedzi w czwartym rzędzie więc miałem nadzieję, że nie dane mi będzie usiąść obok niej.

A teraz spójrz, jaki może być odbiór treści

przy narracji w 2 osobie :

Jeśli kiedykolwiek byłeś w teatrze, to wielokrotnie widziałeś w nim dziwne kobiety. Wcale nie chodzi o aktorki. Te pachną zawsze innym obrazem. Widziałeś tam kobiety, które nie zdążyły załatwić swoich spraw i właziły do pomieszczenia z całym bagażem doświadczeń. Być może widziałeś jedną z takich kobiet, która płakała, uderzyła kogoś torebką, a następnie nakrzyczała na dziecko. I nic z tym nie zrobiłeś.

 

Pisząc opowieści najczęściej autorzy skupiają się na narracji pierwszoosobowej i trzecioosobowej, ale drugą warto też w swojej opowieści przeplatać, moim zdaniem bardzo mocno może to oddziaływać na Twojego odbiorcę.

Narracja jest Ci potrzebna do tego, by obrać konkretny punkt widzenia na Twoją historię  z dokładnie wyrysowanym celem dotyczącym tego, jak Twój odbiorca ten punkt widzenia powinien odebrać.

Kiedy już ten punkt widzenia będziesz znał, łatwiej Ci będzie tworzyć swoje opowieści.

O narracji w pierwszej, drugiej i trzeciej osobie, będę jeszcze pisać. Zanalizuję je potem bardziej szczegółowo !

 

15 inspiracji, które przekazał mi Robin Williams

Pamiętam, że w 2014 roku moim największym marzeniem było zwiedzić Indie. Poleciałam tam w sierpniu mając nadzieję, że to, co tam zobaczę, będzie najpiękniejszym zakątkiem świata. Tak było. Kiedy spojrzałam na Himalaje, wiedziałam, że żadne zdjęcie nie odda ogromu i piękna tych gór.

 

Pamiętam, że przekraczaliśmy kolejną granicę, kiedy dostałam smsa, w którym napisano, że Robin Williams nie żyje.

To był 11 sierpnia 2014 roku.

 

Wyłączyłam wtedy jakiekolwiek myślenie o „indyjskiej planecie” i jak zwykły, szary człowiek, zaczęłam zastanawiać się nad tym, dlaczego umieramy. Może to banalne, ale „istota” śmierci zawsze była dla mnie tematem tabu.

 

Poczułam, że cała ta kinematografia żegna się z wielkimi postaciami, których nie zobaczymy już na ekranach kin. A te ekrany zapamiętują wiele. I poczułam, że to jest bardzo niesprawiedliwe.

 

A potem nie umiałam sobie wyobrazić, że ten uśmiechnięty  Robin Williams przeżywał ogromny smutek i zmagał się z wielką chorobą. Bo przecież jako zwykły, szary człowiek, podziwiałam go tylko przez szklany ekran, za którym pewnie było tysiące mostów, o których nie miałam pojęcia.

 

Potem rosła moja złość, kiedy na „internetowych tabloidach” jedyne co mogłam przeczytać, to: “Powiesił się, zostawiając żonę i dzieci”.

 

Do dzisiaj Robin Williams jest dla mnie wielką inspiracją, aktorem, który przez tyle lat pokazywał, że wrażliwość i emocje są najważniejsze w przekazywaniu treści.

 

 

1. Tego, że każdy z nas skrywa w sobie małego i dużego Garpa.

Tego, który tęskni za bliskością i tego, który musi zmagać się z codziennością i absurdem. Każdy taki Garp jest postawiony wobec różnych konfliktów i wyborów i w ostateczności ze wszystkim musi zmierzyć się sam. Każdy taki Garp opisuje życie ze swojej perspektywy i często zderza się z niezrozumieniem. Wtedy jesteśmy bardzo samotni.  I to nie John Irwing mi o tym powiedział, tylko właśnie Robin.

2. Tego, że kiedy jesteś postawiony w sytuacji beznadziejnej, to należy zrobić wszystko, by przetrwać i to od Ciebie zależy, czy zainspirujesz do tego innych.

I o tym opowiedział mi Robin w „Good morning Vietnam”, w którym nie był żadnym spikerem radiowym, tylko nadzieją. Mistrzem żartu. Finezją i niezwykłą umiejętnością przekazu. I nie chodzi mi o te śmieszne dołeczki, kiedy się uśmiechał, tylko o to, że z tych  dołeczków każdy mógł wyciągnąć coś dla siebie.

3. Tego, że wrażliwość liczy się ponad wszystko

i nie należy się jej wstydzić. To, co mamy w naszych sercach jest poezją taką jak w „stowarzyszeniu umarłych poetów”. A język jest naszą namiętnością, naszą kaligrafią uczuć, dlatego słowa są ważne i przekraczają bariery.

 

4. Tego, że jeśli się kogoś bardzo kocha, to można stać się dla niego Panią Doubtfire.

 

5. Tego, że należy wierzyć, że są na świecie lekarze z prawdziwego powołania, dla których życie ludzkie jest najważniejsze.

Dla których „przebudzenie” pacjenta jest motywacją do działania.

 

6. Tego, że warto walczyć dla idei, tak jak Kapitan Hook.

 

7. Tego, że nikt nie ma prawa odbierać Ci marzeń

i masz prawo do posiadania wielu światów tak jak Kauz Perry w „Fisher King”.

8. Tego, że nasze życie przypomina Jumanji

i wystarczy jeden rzut kostką, żeby zmienić jego bieg.

 

9. Tego, że ludzi nie można widzieć tylko w czarno-białych kolorach

i każdy z nas ma prawo do własnej tożsamości, bo wszyscy mamy swoją „klatkę dla ptaków”.

10. Tego, że poświęcając się wielkim projektom czasem możemy zapomnieć o ludziach wokół siebie

i należy znaleźć balans, bo w przeciwnym razie „flubber” może nas zniszczyć.

11. Tego, że mężczyźni też płaczą

i nie dlatego, że są „ między niebem, a piekłem”, ale dlatego, że pod tym względem są tacy,  jak kobiety.

12. Tego, że każde wyjście poza strefę komfortu uczy spójności ze światem.

Dlatego powinniśmy brać przykład z Jacka, który wyglądając jak 40-latek, musiał obcować z dzieciakami.

13. Tego, że należy o sobie mówić.

Nie wstydzić się swoich uczuć. Że ważniejsze niż to, co przeczytasz w milionach książek, są Twoje przekonania i wartości. Tego, że warto słuchać mądrzejszych, nawet jeśli jesteś „buntownikiem z wyboru”.

 

14. Tego, że każdy zasługuje na drugą szansę tak, jak Patch Adams.

15. Tego, że historie zmieniają świat na lepszy,

tak jak historie Jakuba Kłamcy. Nawet jeśli nie wydarzyły się naprawdę, są potrzebne do tego, żeby przetrwać.

 

I pewnie pomyślisz, że przecież to nie Robin mi o tym wszystkim opowiedział tylko filmy, w których zagrał. Tylko scenariusze, które zinterpretował. A wyobrażasz sobie innego Perry’ego w Fisher Kingu, bo ja nie. Wyobrażasz sobie innego Kapitana od poezji, bo ja nie. Umiesz sobie wyobrazić innego nauczyciela dla buntownika z wyboru, bo ja nie. I nie sądzę, by komukolwiek udało się przeskoczyć Robina w tych rolach. Bo one przestały być rolami. Stały się opowiadaniem historii, które zapamiętujesz, nie tylko ze względu na słowa w nich użyte, tylko emocje, jakie włożył w nie Robin.

 

Robin Williams był aktorem najwyższej klasy. Takim, bez którego scenariusze nie mogłyby żyć. Takim, który swoją wrażliwością otworzył we mnie najgłębiej schowane drzwi. Takim, od którego można było się wiele nauczyć. Który grał sercem, a nie wyuczonym schematem scenicznym.

 

W każdej jego roli, tej poważnej i komediowej, widać wielką mądrość i doświadczenie. Jak mało który aktor, Robin Williams stawał się w filmie kimś, kto sprawiał wrażenie reżysera i scenarzysty. Kto dokładnie wiedział, po co znalazł się w takim, a nie innym kadrze. Kto w zupełnym spokoju, bez żadnego udawania, potrafił wzruszać i rozśmieszać. Kto mówił prosto i z serca. Emocjami, które potrafiły eksplodować w najbardziej subtelnych momentach.

Kto wierzył w to, co mówi i do kogo mówi. Kto nie musiał stawać na dachu 34 piętrowego wieżowca, żeby ktoś wiedział, że tam jest. Kto nie musiał pokazywać się na wszystkich ekranach, żebyśmy wiedzieli, że te na których go widzimy, są szczególne.

11 sierpnia 2014 roku odeszła ikona kina. Zasługująca na najwyższe uznanie. Na to, żeby przez następne lata przypominać sobie filmy, w których zagrał, bo odegrał swoje role po mistrzowsku i nie ma w tym przesady.

Pożegnaliśmy się z aktorem, który grał tak, jak nikt. Tak jak gra się, kiedy się nie gra.

Kiedy się nie odgrywa, tylko spaja z postacią. Kiedy się pokazuje, że można więcej i bardziej.

11 sierpnia 2014 roku świat pożegnał się z ikoną kina. Ten świat dużo stracił…

Storytelling jako narzędzie do budowania silnych marek

Dzisiaj jest tak, że storytelling, rodzi bardzo różne skojarzenia. Ja bym powiedziała nawet, że społeczeństwo podzieliło się na tych, którzy wspierają potęgę storytellingu i na tych, którzy storytelling hejtują.

 

Ci pierwsi twierdzą, że storytelling to możliwość wzrostu znaczenia marki, bo poprzez dobrze opowiedzianą historię, która oddziałuje  na emocje odbiorcy,  potrafimy zdziałać cuda. Idąc dalej, storytelling kojarzony jest z budowaniem więzi i długofalowych relacji, bo poprzez umiejętne opowiadanie historii, które odczuwamy i zapamiętujemy, wpływamy na czyjeś życie i biznes.

 

Ci drudzy, uważają, że storytelling to pic na wodę i widzą w tym zagrożenie spowodowane brakiem autentyczności, a co za tym idzie, każdy storyteller to  dobry marketingowiec, który nabiera ludzi na swoje historie.

 

Ale gdyby tak spytać kogoś z nas, czy pamięta jeszcze “Akademię Pana Kleksa”, to pomimo tego, że ta historia nie wydarzyła się naprawdę, wierzyliśmy w jej moc. I nie chodzi tylko o odśpiewaną kaczkę dziwaczkę czy piegi Pana Kleksa, ale o to, że chętnie byśmy do takiej Akademii weszli.

 

Jak oglądaliśmy “Star Wars” to mało kto zajmował się pojęciem wymyślonej narracji, bo zwolennicy JEDI kupowali sobie nawet majtki z Yodą, a wielbiący Lorda Vadera, potrafili mieć go na pulpicie swojego komputera.

 

Jak poznawaliśmy “Króla Lwa”, to mało kto nazywał to jakąś tam bajką, bo okazuje się, że to co w niej przeżywaliśmy, jest częścią naszego życia.

 

Jak skupialiśmy się na  “Matrix”, to po 20 minutach filmu, nikt już nie myślał, o tym czy to jest, czy tego nie ma, bo żyliśmy w narracji, która odzierała nas z wszelkiej niewiary.

 

Jak myślimy o „Neverending story” to większość chciałaby się przelecieć na smoku, czy psie – bo czy to smok czy pies – wzbudzał podobne emocje.

 

Idąc dalej, uwielbiamy Meryl Streep nie za to, że to Meryl Streep, ale za to, że jak oglądamy “Pożegnanie z Afryką”, to gdyby była taka możliwość, kupilibyśmy bilet do Afryki.

 

Jak wspominamy “Good Morning Vietnam” z Robinem Williamsem, to nie jest to po prostu spiker radiowy, tylko ten, który opowiada sercem. A jak słyszmy go w “Buntowniku z wyboru”, to wiedząc, że ta historia oparta jest na faktach, nie mówimy o tym, że to słaba historia, tylko większość słuchając Robina, wzrusza się.

 

Jak patrzymy na historię Steve’a Jobsa to jego jabłuszko kojarzone jest z tym, że zaczynał w garażu i przeszedł wiele prób, zanim to jabłko stało się symbolem  łamania schematów. A  Iphone to nie jest jakiś tam Iphone – to jest telefon, któremu nadano taką tożsamość, że dla niektórych to jest “stan umysłu”.

 

Wiesz dlaczego Ci o tym piszę ?

 

Bo ten cały storytelling, to nie jest tylko opowiedzenie jakiejś historii. To jest sposób na pokazanie Ci, że to, w jaki sposób opowiadasz o sobie, ma ogromne znaczenie w budowaniu Twojej marki.

 

Gdyby Robin Williams opowiadał o sobie bez emocji, nigdy nie uwierzyłbyś w świat fantazji, który zbudował w “Fisher Kingu”. Gdyby Meryl Streep nie włożyła w swoją historię emocji, nigdy nie skojarzyłaby Ci się z „Pożegnaniem z Afryką”.

Gdyby Pan Kleks zbudował zwykłą Akademię, nigdy nie chciałbyś do niej wejść. Gdyby Twój Iphone nie łamał schematów, nigdy byś po niego nie sięgnął.

 

Wszędzie tam, gdzie za  marką stoi wartościowa historia, która oddziałuje na innych, rodzi się tożsamość tej marki.

 

Znaczenie marki osobistej, nie wynika ze stanowiska jakie zajmuje, ale z umiejętnego opowiedzenia o sobie tak, by ludzie chcieli się z nią utożsamiać.

 

Storytelling to nie jest tylko przekazanie treści, którą budujesz w czasie przeszłym. To jest pokazanie siebie w perspektywie opowieści, która powinna być budowana tak, by jej bohater porywał za sobą tłumy.

 

Dlatego w storytellingu tak mocno zwraca się uwagę na pewien schemat budowania historii, która wyciąga bohatera ze zwyczajnego świata i zaprasza do przygody, w której pokonując próby i przeszkody, spotykając wrogów i sprzymierzeńców, bohater staje się kimś innym, niż był na początku swojej drogi. Bo nigdy nie porusza Cię to, co jest oczywiste. Porusza Cię to, co zaskakuje i wywołuje emocje.

 

Opowiadanie o tym, że byłeś na wakacjach i zobaczyłeś Statuę Wolności, nie będzie dla kogoś interesujące. Nie dlatego, że jakbyś opowiedział o czymś , co się nie wydarzyło, to by ci to przysporzyło fanów, ale dlatego, że to, o czym piszesz, jest oczywiste.

 

Opowiadanie o tym, że jesteś 27 właścicielem firmy sprzątającej poinformuje nas o tym, że posiadasz taką firmę, ale jeśli staniesz się na chwilę Partnerem od czystych interesów, to nadal to będzie prawdą, ale opowiedzianą w inny sposób.

 

Dzisiaj problemem tych, którzy budują swoje marki jest to, że o nich nie opowiadają. Nie budują wokół siebie historii. Nie tworzą relacji i często nie wiedzą do kogo mówią.

 

Idąc dalej marka, która nie wie do kogo mówi, nie będzie umiała nawet sprawdzić, czy jej historia dociera do konkretnego odbiorcy, bo jej targetowanie odbiorcy, zamiast opierać się na mapie empatycznej, opiera się na regularnych pytaniach w stylu: “jakie klient ma pasje albo zainteresowania”.

Marka ma znaczenie wtedy, kiedy wie, co klient czuje, słyszy i widzi, kiedy styka się z jej wartością.

To dlatego wykorzystuje się storytelling do budowania silnych marek. A jeśli zanalizujemy marki osobiste, to obronią się przede wszystkim te, za którymi będzie stało umiejętne opowiadanie historii nakierowanych na ich odbiorcę. Za którymi będzie stało silne przekonanie, umiejętne wykorzystanie komunikacji budowanej na konkretnym archetypie marki i wartość, jaka za tym stoi.

 

Ludzie nie przekonują się dzisiaj  Do Ciebie ze względu na to, że jesteś, tylko ze względu na to, co na swój temat opowiesz. Jaką przekażesz im na swój temat historię. Ludzie nie kupują dzisiaj produktów czy usług, tylko emocje jakie się  wokół nich buduje.

 

To dlatego social media storytelling to, coś więcej niż pisanie postów. To dla mnie wymiar historii i wizualizacji, często opartych na metaforach, poprzez które możesz dużo więcej wyrazić.

 

Storytelling  ma być autentyczny. A moim zdaniem autentyczność jest wtedy, kiedy wiesz do kogo mówisz, co mówisz i po co mówisz. I kiedy Twoja marka przekonuje do siebie innych, to moim zdaniem przekonuje, kiedy jest to z Tobą spójne.

A kiedy jest to z Tobą spójne, to powinieneś mieć wokół siebie swoją Akademię, a nie Akademię Pana Kleksa, powinieneś występować  w swoim filmie, a nie w “Pożegananiu z Afryką”, latać na swoim smoku czy psie, a nie tym z “Neverending story” i stworzyć swój Matrix, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Historie, opowiadane przez marki, które tego nie czują, pachną brakiem autentyczności z odległości jednego centymetra. To najczęściej marki, które mylą budowanie wizerunku z tworzeniem tożsamości marki.

Marka osobista to historia oparta na konkretnych wartościach. A storytelling  jest ci potrzebny do tego, by ludzie chcieli utożsamiać się z Twoją marką, zapamiętywać to, co w niej ważne, odnajdywać w tej marce siebie. Właśnie poprzez opowiadanie dobrej historii, która oddziałuje na Twojego odbiorcę, sprawiasz, że jesteś dla niego ważny.

To dlatego mówi się dzisiaj, że wartościowe historie zmieniają marki na silne marki, które do siebie przekonują.