15 inspiracji, które przekazał mi Robin Williams

Pamiętam, że w 2014 roku moim największym marzeniem było zwiedzić Indie. Poleciałam tam w sierpniu mając nadzieję, że to, co tam zobaczę, będzie najpiękniejszym zakątkiem świata. Tak było. Kiedy spojrzałam na Himalaje, wiedziałam, że żadne zdjęcie nie odda ogromu i piękna tych gór.

 

Pamiętam, że przekraczaliśmy kolejną granicę, kiedy dostałam smsa, w którym napisano, że Robin Williams nie żyje.

To był 11 sierpnia 2014 roku.

 

Wyłączyłam wtedy jakiekolwiek myślenie o „indyjskiej planecie” i jak zwykły, szary człowiek, zaczęłam zastanawiać się nad tym, dlaczego umieramy. Może to banalne, ale „istota” śmierci zawsze była dla mnie tematem tabu.

 

Poczułam, że cała ta kinematografia żegna się z wielkimi postaciami, których nie zobaczymy już na ekranach kin. A te ekrany zapamiętują wiele. I poczułam, że to jest bardzo niesprawiedliwe.

 

A potem nie umiałam sobie wyobrazić, że ten uśmiechnięty  Robin Williams przeżywał ogromny smutek i zmagał się z wielką chorobą. Bo przecież jako zwykły, szary człowiek, podziwiałam go tylko przez szklany ekran, za którym pewnie było tysiące mostów, o których nie miałam pojęcia.

 

Potem rosła moja złość, kiedy na „internetowych tabloidach” jedyne co mogłam przeczytać, to: „Powiesił się, zostawiając żonę i dzieci”.

 

Do dzisiaj Robin Williams jest dla mnie wielką inspiracją, aktorem, który przez tyle lat pokazywał, że wrażliwość i emocje są najważniejsze w przekazywaniu treści.

Czego się od niego nauczyłam?

 

1. Tego, że każdy z nas skrywa w sobie małego i dużego Garpa.

Tego, który tęskni za bliskością i tego, który musi zmagać się z codziennością i absurdem. Każdy taki Garp jest postawiony wobec różnych konfliktów i wyborów i w ostateczności ze wszystkim musi zmierzyć się sam. Każdy taki Garp opisuje życie ze swojej perspektywy i często zderza się z niezrozumieniem. Wtedy jesteśmy bardzo samotni.  I to nie John Irwing mi o tym powiedział, tylko właśnie Robin.

2. Tego, że kiedy jesteś postawiony w sytuacji beznadziejnej, to należy zrobić wszystko, by przetrwać i to od Ciebie zależy, czy zainspirujesz do tego innych.

I o tym opowiedział mi Robin w „Good morning Vietnam”, w którym nie był żadnym spikerem radiowym, tylko nadzieją. Mistrzem żartu. Finezją i niezwykłą umiejętnością przekazu. I nie chodzi mi o te śmieszne dołeczki, kiedy się uśmiechał, tylko o to, że z tych  dołeczków każdy mógł wyciągnąć coś dla siebie.

3. Tego, że wrażliwość liczy się ponad wszystko

i nie należy się jej wstydzić. To, co mamy w naszych sercach jest poezją taką jak w „stowarzyszeniu umarłych poetów”. A język jest naszą namiętnością, naszą kaligrafią uczuć, dlatego słowa są ważne i przekraczają bariery.

 

4. Tego, że jeśli się kogoś bardzo kocha, to można stać się dla niego Panią Doubtfire.

 

5. Tego, że należy wierzyć, że są na świecie lekarze z prawdziwego powołania, dla których życie ludzkie jest najważniejsze.

Dla których „przebudzenie” pacjenta jest motywacją do działania.

 

6. Tego, że warto walczyć dla idei, tak jak Kapitan Hook.

 

7. Tego, że nikt nie ma prawa odbierać Ci marzeń

i masz prawo do posiadania wielu światów tak jak Kauz Perry w „Fisher King”.

8. Tego, że nasze życie przypomina Jumanji

i wystarczy jeden rzut kostką, żeby zmienić jego bieg.

 

9. Tego, że ludzi nie można widzieć tylko w czarno-białych kolorach

i każdy z nas ma prawo do własnej tożsamości, bo wszyscy mamy swoją „klatkę dla ptaków”.

10. Tego, że poświęcając się wielkim projektom czasem możemy zapomnieć o ludziach wokół siebie

i należy znaleźć balans, bo w przeciwnym razie „flubber” może nas zniszczyć.

11. Tego, że mężczyźni też płaczą

i nie dlatego, że są „ między niebem, a piekłem”, ale dlatego, że pod tym względem są tacy,  jak kobiety.

12. Tego, że każde wyjście poza strefę komfortu uczy spójności ze światem.

Dlatego powinniśmy brać przykład z Jacka, który wyglądając jak 40-latek, musiał obcować z dzieciakami.

13. Tego, że należy o sobie mówić.

Nie wstydzić się swoich uczuć. Że ważniejsze niż to, co przeczytasz w milionach książek, są Twoje przekonania i wartości. Tego, że warto słuchać mądrzejszych, nawet jeśli jesteś „buntownikiem z wyboru”.

 

14. Tego, że każdy zasługuje na drugą szansę tak, jak Patch Adams.

15. Tego, że historie zmieniają świat na lepszy,

tak jak historie Jakuba Kłamcy. Nawet jeśli nie wydarzyły się naprawdę, są potrzebne do tego, żeby przetrwać.

 

I pewnie pomyślisz, że przecież to nie Robin mi o tym wszystkim opowiedział tylko filmy, w których zagrał. Tylko scenariusze, które zinterpretował. A wyobrażasz sobie innego Perry’ego w Fisher Kingu, bo ja nie. Wyobrażasz sobie innego Kapitana od poezji, bo ja nie. Umiesz sobie wyobrazić innego nauczyciela dla buntownika z wyboru, bo ja nie. I nie sądzę, by komukolwiek udało się przeskoczyć Robina w tych rolach. Bo one przestały być rolami. Stały się opowiadaniem historii, które zapamiętujesz, nie tylko ze względu na słowa w nich użyte, tylko emocje, jakie włożył w nie Robin.

 

Robin Williams był aktorem najwyższej klasy. Takim, bez którego scenariusze nie mogłyby żyć. Takim, który swoją wrażliwością otworzył we mnie najgłębiej schowane drzwi. Takim, od którego można było się wiele nauczyć. Który grał sercem, a nie wyuczonym schematem scenicznym.

 

W każdej jego roli, tej poważnej i komediowej, widać wielką mądrość i doświadczenie. Jak mało który aktor, Robin Williams stawał się w filmie kimś, kto sprawiał wrażenie reżysera i scenarzysty. Kto dokładnie wiedział, po co znalazł się w takim, a nie innym kadrze. Kto w zupełnym spokoju, bez żadnego udawania, potrafił wzruszać i rozśmieszać. Kto mówił prosto i z serca. Emocjami, które potrafiły eksplodować w najbardziej subtelnych momentach.

Kto wierzył w to, co mówi i do kogo mówi. Kto nie musiał stawać na dachu 34 piętrowego wieżowca, żeby ktoś wiedział, że tam jest. Kto nie musiał pokazywać się na wszystkich ekranach, żebyśmy wiedzieli, że te na których go widzimy, są szczególne.

11 sierpnia 2014 roku odeszła ikona kina. Zasługująca na najwyższe uznanie. Na to, żeby przez następne lata przypominać sobie filmy, w których zagrał, bo odegrał swoje role po mistrzowsku i nie ma w tym przesady.

Pożegnaliśmy się z aktorem, który grał tak, jak nikt. Tak jak gra się, kiedy się nie gra.

Kiedy się nie odgrywa, tylko spaja z postacią. Kiedy się pokazuje, że można więcej i bardziej.

11 sierpnia 2014 roku świat pożegnał się z ikoną kina. Ten świat dużo stracił…

  • Właśnie zdałam sobie sprawę, że widziałam wszystkie filmy z nim. Bardzo, osobiście dotknęła mnie jego śmierć. Pewnie przez tę wyjątkową wrażliwość, której nie miał nigdy żaden aktor.
    Dziękuję za piękną historię o życiu:))

    • Marta Id-chuck

      Tak ja też mam jakiś szczególny do niego stosunek. On miał w sobie coś, czego nie miał nikt. Wielka strata dla kinematografii.

  • Ewa Madejska

    Poruszający wpis To zdecydowanie będzie mój ulubiony ❤

  • Urszula Osek

    No i płaczę. Dziękuję

  • Aga Mazur

    Dziękuję za ten artykuł! Chyba sobie obejrzę te filmy :), niektóre ponownie

  • Kasia z Projekt Wnętrze

    Piękna postać niosąca swoim odejściem światu ważną wiadomość. Dla mnie wielka inspiracja. Jego gra aktorska pokazywała ogromną emocjonalność i wrażliwość – to pomaga we wczuciu się w role. Wiele z nas jest w podobnej sytuacji – pięknie gra dla świata, a środku zmaga się ze smutkiem i jakimś nieokreślonym brakiem. Warto przyglądać się ludziom i być wrażliwym na subtelne znaki, które dają światu wołając o pomoc. Pozdrawiam ciepło 🙂

    • Marta Id-chuck

      To prawda Kasiu 🙂 W nim było coś takiego, czego nie dało się spotkać u nikogo innego ! Kasiu a Ty prowadzisz bloga ? Podaj mi linka. Nie było mnie tu na dwa dni, a chętnie bym zobaczyła.